Krzysztof D. Szatrawski

MORPHINE - krótka instrukcja obsługi

 


 

    Dziesięć lat na scenie, pięć płyt, kilka teledysków nieobecnych w oszalałej na punkcie gwiazdeczek w rodzaju Britney Spears europejskiej MTV... tak niewiele z punktu widzenia przemysłu muzycznego. A jednocześnie nowe, odmienne od wszystkiego co było wcześniej brzmienie, inteligentne teksty, młodzieńcza kreatywność i adekwatna do rzeczywistego wieku muzyków dojrzałość artystyczna... oto bez wątpienia jeden z zespołów zasługujących na miano kultowego w latach dziewięćdziesiątych. Zespół powstał w 1989 roku. Początkowo muzycy grali w klubach Bostonu i niewiele wskazywało, że ich sytuacja kiedykolwiek ulegnie radykalnej poprawie. Prawdziwa historia tego zespołu zaczęła się obiecującym debiutem Good (1992), a zakończyła kiedy 3 lipca 1999 roku Mark Sandman z gitarą basową w dłoniach dziękując publiczności festiwalu Nel nome del rock w Palestrina i dedykując swoim włoskim słuchaczom "superseksowną" piosenkę, zmarł na atak serca. Zmysłowość w muzyce zespołu Morphine obecna była chyba zawsze, stanowiąc o jej niepowtarzalnym klimacie, oryginalnym stylu i naturalnym, pozbawionym snobistycznej pozy odbiorze. Zmysłowość była również traktowana jako remedium na przemijanie, o czym przekonują poetyckie, doskonale zharmonizowane z muzyką teksty.

    Odejście Marka Sandmana było równoznaczne ze śmiercią zespołu. Zastąpienie go kimkolwiek musiałoby sprawić, iż byłby to zupełnie inny zespół. Już wcześniej w drugiej połowie lat osiemdziesiątych był on postacią wyróżniającą się w środowisku bostońskiego undergroundu. Jeszcze pracując jako kierowca taksówki i jako marynarz na kutrze rybackim, podejmował eksperymenty z brzmieniem z pogranicza rocka, bluesa i jazzu. W tym okresie założył zespół Treat Her Right, z kótrym nagrał trzy albumy. Nie przyniosły mu sławy, ale w środowisku muzycznym to oryginalne trio bez gitary przyjęte zostało bardzo dobrze. W okresie tym Sandman na krótko związał się również z zespołem Superground Chrisa Ballewa (późniejszego lidera zespołu The Presidents Of The United States) Zespół Morphine powstał w 1992 roku w składzie Dana Colley (saksofon barytonowy), Jerome Deupree (perkusja) oraz Mark Sandman (śpiew i na gitara basowa). Wydana w tym samym roku płyta Good stała się przełomem w brzmieniu zespołów rockowych. Dyskretna perkusja, ciemne brzmienia dwustrunowej gitary basowej, ciepły baryton Sandmana i zastępujący gitarowe riffy saksofon barytonowy nadały muzyce tego zespołu nie tylko kojarzący się z jazzem koloryt brzmieniowy, ale też samoświadomość i dystans do własnej muzyki, jakich w świecie rocka wcześniej próżno byłoby szukać.

    Debiutancki album zdobył nagrodę jako najlepsza płyta niezależnej wytwórni w konkursie Boston Music Awards. Następną płytę wydała firma Rykodisc (znana między innymi jako wydawca Franka Zappy). Na drugiej, wydanej już w następnym roku płycie Cure For Pain za perkusją zasiadł Billy Conway (znany wcześniej m.in. z zespołu Treat Her Right). Wprawdzie w większości utworów nadal grał Jerome Deupree, gdyż wprowadzenie nowego perkusisty dokonało się w trakcie nagrywania płyty, jednak ewolucja zespołu wyraźnie wskazywała kierunek w jakim zmierzały ambicje Sandmana. Na tej płycie Morphine pogłębili znany już image przez mniej ostentacyjne nawiązania do jazzu i bardziej zróżnicowaną fakturę (Sandman oprócz 2-strunowej gitary basowej, grał na gitarze i organach, Dana Colley brzmienia saksofonu barytonowego wsparł solówkami na tenorze, a poza tym wokalnie towarzyszył liderowi. Pod względem atrakcyjności nie była to płyta, którą można byłoby polecać słuchaczom list przebojów (poza może Mary Won't You Call My Name przeboju właściwie nie było na niej żadnego), ale jako dzieło stanowiła wizję porównywalną z największymi dokonaniami swoich czasów. Wyraźnie też daje się tu dostrzec ambicja tworzenia muzyki o charakterze transowym, czy nawet magicznym. A warto zauważyć, że dążenie to na początku lat dziewięćdziesiątych było zjawiskiem dość częstnym, spotykanym na gruncie różnych gatunków od jazzu, aż po techno, a zarazem nowym, gdyż nigdy wcześniej nie istniało tak duże zapotrzebowanie na muzykę bazującą na nastroju, brzmieniu, fakturze, a jednocześnie jawnie odrzucającą funkcję czasu pojmowanego jako element konstrukcyjny.

    Kolejna płyta zespołu Yes(Rykodisc 1995) była już sukcesem rynkowym. Kolejny zespół wywodzący się z undergroundu stawał się towarem sprzedawanym jak produkty wielkiego przemysłu. Ale też nie był to sukces niezasłużony, a zespół nie czynił ustępstw na rzecz wdzierającej się siłą mody na muzyczną bylejakość. Przebojowe Honey White oraz Super Sex ukazały się na singlach, a rozsądna polityka promocyjna sprawiła, że w radio, telewizji, na ścieżkach dźwiękowych filmów zespół zaczął funkcjonować na równych prawach z gwiazdami muzyki popularnej. Może świadomość, że "rekiny patrolują te wody i nie należy palcami przeczesywać fal" sprawiła, że uzycy nie ulegli presji przemysłu rozrywkowego, "dopływając do brzegu najszybciej jak to możliwe" (Sharks). Muzycy postanowili nie poddawać się modom i robić to, co potrafią najlepiej. Okazało się, że nie mogli podjąć lepszej decyzji. Wydana równolegle w Japonii płyta zawierała dodatkowo utwór Pulled Over The Car - nagranie, które jak się później okazało, zwiastowało zmiany, które miały zadecydować o klimacie następnej płyty. Również dołączone do wspomnianych singli nagrania mogły dać do myślenia. Cóż, łatwo być prorokiem, kiedy spogląda się z perspektywy minionego czasu. W roku 1995 chyba nawet sami muzycy nie przewidywali, w jakim kierunku rozwinie się ich muzyka.

    Czwarta płyta zespołu Like Swimming (wydana w marcu 1997 r.) nie zyskała tak dobrych recenzji jak poprzednie. Jeszcze jeden dowód, że krytycy zbyt łatwo przyzwyczajają się do raz przyklejonych etykietek. Być może też pewna część związanej ze środowiskami undergroundowymi publiczności nie zaakceptowała kontraktu zespołu z Dreamworks Records. I nawet utrzymane w mrocznym klimacie teksty (Murder For The Money) czy ironiczne i zmysłowe (French Fries with Pepper) nie mogły wpłynąć na ostateczną ocenę albumu. Coraz częściej zwracano też uwagę na zależność muzyki zespołu od takich gwiazd undergroundu jak Tom Waits czy Nick Cave. Nagrania przedstawione na tej płycie z perspektywy kontynuacji wcześniej wydanych kompozycji rzeczywiście mogą rozczarowywać. Zmieniły się tu proporcje pomiędzy ambitniejszymi (z formalnego punktu widzenia) poszukiwaniami stylu a motorycznym, choć w swej istocie odległym od rocka graniem. Oczywiście na rzecz tego ostatniego. Ale tylko pozornie jest to płyta mniej ambitna od poprzednich, w rzeczywistości jest ona realizacją wizji, ku której zespół zmierzał od początku.

    Idea muzyki wywodzącej się z fizycznego obcowania z dźwiękiem i fizycznie oddziałującej na organizm, zestawień dźwięków o magicznej sile terapeutycznej, idea grania, które w swym brzmieniu i motoryczności odnajduje moc dokonywania przemian, to przecież cel o którym Mark Sandman mówił w licznych wywiadach wprost, wyraźnie akcentując fizyczne oddziaływanie dźwięku na organizm. Specjalnie dla tych, którzy poszukiwali w muzyce Morphine ciągłości i konsekwencji, muzycy skompletowali płytę zawierającą materiał wcześniej publikowany na ścieżkach dźwiękowych do filmów i na singlach. 23 września 1997 roku ukazała się ona pod tytułem B-Sides and Otherwise. Milczenie krytyki było aż nazbyt wymowne. Okazało się bowiem, że wszelkie interpretacje poprzedniej płyty zawieszone są w próżni, a droga jaką zmierza zespół wytyczona jest od dawna i konsekwentnie, krok po kroku przemierzana. Nawet przebojowy Mile High nagrany w składzie poszerzonym o saksofonistę tenorowego Russa Gershona, trębacza Toma Haltera i perkusistę Larry'ego Derscha (ze ścieżki do filmu Things To Do In Denver When You're Dead) nie zmienia charakteru całości, która z wielu względów (nie tylko dlatego, że zawiera utwory z okresu kilku lat) może być traktowana jako podsumowanie historii zespołu.

    Teksty Sandmana, ciemne, sugestywne w obrazowaniu, czasami niedopowiedziane i zawieszone w dwuznaczności doskonale korespondują z muzyką tria. Czasami zresztą trudno mówić o tekstach w pełnym tego słowa znaczeniu. Nie są to piosenki, gdzie muzyka pełni rolę li tylko ilustracji. Słowa nie opowiadają, stając się raczej hasłami wywołującymi nastroje i skojarzenia, swoistymi zaklęciami. Jest w tym założeniu konsekwencja. Funkcje narracyjne w swoich utworach zespół zawsze chyba traktował jako drugorzędne. Ostatnia płyta zespołu, nagrana jeszcze za życia Sandmana, ukazała się 1 lutego 2000 roku pod tytułem The Night. Już w chwili wydania był to dokument dążeń i ambicji muzyków. Poszerzony znacznie skład (podstawą nadal było trio, jednak w sumie w nagraniu płyty wzięło udział 13 muzyków) objął obok tradycyjnie kojarzonego z rockiem instrumentarium również wiolonczelę, altówkę, egzotyczną perkusję i instrumentarium różnych kręgów kulturowych, na przykład ud (arabską odmianę lutni) i bębny obręczowe. Obecne już wcześniej dążenie do nadania muzyce magicznej mocy, na płycie tej znalazło swoje kolejne potwierdzenie. Skojarzenia brzmień i zestawienia instrumentów z odległych przestrzeni i okresów historycznych zadecydowały, iż płyta The Night okazała się jednym z ciekawszych projektów ostatnich lat.

    Nagła śmierć Marka Sandmana stała się symboliczną cezurą w muzyce amerykańskiego undergroundu. Kiedy zabrakło tego 47-letniego muzyka, na zachodnim wybrzeżu dogorywała moda na grunge, jeden po drugim rozsypywały się zespoły takie jak Soundgarden i takie jak The Presidents Of The United States, a zmęczona muzyką publiczność pławiła się w ciepłych i płytkich wodach zespołów i wykonawców, których teledyski co kilka godzin powtarzała MTV: Offspring czy Madonna są jednymi z wielu wielu narzucających się w tym miejscu przykładów. Związani z Sandmanem członkowie Morphine założyli nowy zespół pod nazwą Orchestra Morphine oraz fundację The Mark Sandman Music Education Found. Ich zamiarem jest kontynuacja idei muzycznych i artystycznych Sandmana oraz edukacja w tym kierunku młodego pokolenia. Niestety, nie będzie już Morphine. Może jeszcze ukaże się na płytach materiał zarejestrowany podczas licznych koncertów. Tego rodzaju wydawnictwa pozwalają zweryfikować opinie o dokonaniach muzyków, czasami nawet więcej mówią o ich ambicjach, niż płyty wydane za życia. Są dokumentem i medium naszej muzycznej przeszłości. Ale najbogatsza spuścizna nie zastąpi twórcy, zwłaszcza kiedy jest to osobowość tego formatu co lider Morphine. Chciałoby się mieć nadzieję, iż będzie także coś, co pozwoli na rozwijanie tych pomysłów Marka Sandmana, których on sam nie zdążył zrealizować.

Krzysztof D. Szatrawski        

 


[TEKSTY O MUZYCE]        [STRONA GŁÓWNA]

 

Project & text copyright (c)2000/2001 by Krzysztof Szatrawski. All material copyrighted to Morphine belongs to Morphine.